Jak zostałam ulicznicą? [zdjęcia]

Szacunkowy czas czytania: 4 min

Niektórzy nazywają mnie ku*wą, s*ką, ździrą. Dla wielu nie jestem kobietą, bo nie szanuję siebie i swojego ciała.

Niektórzy nie uważają mnie za Polkę i chcą abym „wypie*dalała” z kraju. Bo nie zachowuję się jak „Bóg przykazał”. Nie znając mnie zakładają, że takie jak ja nie mają dzieci, męża. Nie potrafią zadbać o dom. Są głupie, wredne i niemoralne. Widzą we mnie pomiot szatana. Przyznają sobie prawo do pogardzania mną i zakładają, że wiedzą lepiej jak powinnam żyć i co robić.

Nie przejmuje się tym. Wiem, że nie mają racji.

Pamiętam emocje towarzyszące mi kiedy pierwszy raz wyszłam na ulicę. Czułam wszystko równocześnie. Wiedziałam, że to nie będzie ostatni raz. Niestety. Na szczęście? Adrenalina. Czasem jest ciężko. Nie ważne, czy za oknem siarczysty mróz, czy leje deszcz lub pali słońce. Niezależnie od pogody idę. Stoję lub chodzę. Nie biorę za to pieniędzy. Robię to za darmo. Z przyjemnością? Nie wiem. Chyba nie towarzyszy mi takie uczucie. Jestem na ulicy bo chcę, bo powinnam, bo muszę. Nie wyszłam tam ot tak. To moja odpowiedź na szerzące się jak zaraza zło. Mijają mnie ludzie. Widzę ich pełne pogardy spojrzenia. Czasem przystają i gapią się na mnie jakbym z księżyca spadła. Mężczyźni ironicznie się uśmiechają. Słyszę seksistowskie komentarze. Nie rozumieją, że jestem tam też dla nich. Czasem widzę spojrzenia pełne zrozumienia i to są te chwile, kiedy serce rośnie. Czuję wzruszenie. Nie podejdą, nie powiedzą nic, nie poklepią po plecach, ale widzę, wiem, że rozumieją. Widzę to w ich oczach i to mi wystarcza.

Mój wzrok napotyka ich wzrok. Rozumiem bez słów, że też chciałyby tak jak ja. Jednak nie mogą. Jakaś blokada. Serce idzie ze mną, ciało zostaje nieruchome. Czasem zauważam, że oczy im się szklą i z trudem panują nad mimiką twarzy. Mięśnie drżą. Nie płaczą. Przeżywają. Może wiedzą z doświadczenia? Gdy jestem na ulicy czuję moc. Czuję siłę. Nie czuję się lepsza od tych, którzy nie szanują tego co robię, ale czuję się od nich silniejsza.

Najbardziej nienawidzi mnie Kościół. Jak on mnie nienawidzi… To on jest głównie winny, że tyle ludzi widzi zło w tym co robię. Bezwolne owieczki i baranki boże dają sobie wcisnąć do głowy, że robię źle. Słuchają tych bzdur głoszonych z ambony i wyłączając myślenie, ślepo podąża za ich głosem. Nie zdają sobie sprawy, że Kościół to zło, że Kościół nienawidzi kobiet. Tych co do niego chodzą też. Tylko one tego nie rozumieją.

Państwo, obóz rządzący też nie żywi do mnie sympatii. Publicznie dyskredytuje mnie jako kobietę i przykładną obywatelkę. Mam to nieszczęście, że wielki mały nieoficjalny wódz ma problem z kobietami. Z jakiś powodów ich nie cierpi. Do tego stopnia ich nie znosi, że wywołują u niego lęk. Wiadomo, że najlepszą obroną jest atak. Więc atakuje mnie i moje koleżanki ile wlezie. Jak on się musi nas bać. Nie atakuje personalnie. Nawet nie słownie. Jednak ma narzędzia dzięki którym chce dopierdzielić kobietom ile wlezie. Wszystko zgodnie z prawem.

Na ulicy nie jestem sama. Ulicznic podobnych do mnie jest wiele. Są też ulicznicy. Kobiety nie pozostają bez wsparcia mężnych. Popierają to co robią. W zasadzie nie wychodzę na ulicę dla siebie. Robię to dla innych. By ich życie było lepsze. Żeby nie musieli żyć w kraju, gdzie politycy tańczą jak im kler zagra. Taki deal. My wam pozwolimy współkształtować prawo a wy w zamian wbijecie do głów waszym owieczkom i barankom na kogo mają głosować. My będziemy mieć prawą i sprawiedliwą władzę absolutną a wy realny wpływ na życie obywateli i obywatelek. Zwłaszcza tych niebezpiecznych, co myślą i postępują nie tak jak trzeba. Tych co swoim myśleniem rozpierdzielają jednolitą Polskę katolicką.

My ustawami ukrócimy ich swobodę. Otworzymy drzwi,  by religia mogła wleźć wszędzie. Nawet do ich łóżek.  Zakażemy antykoncepcji, uniemożliwimy in vitro, zmusimy do rodzenia ciężko upośledzonych dzieci i martwych płodów. Pierwsze umrą szybko a drugie będą już gotowe do pochówku. To zawsze kilka tysięcy pogrzebów do przodu. A i chrzciny będą. Czysty zysk. Martwe dziecko = kasa z pogrzebu.  Ostatnio znów wyszłam na ulicę. Było nas tysiące! Tysiące kobiet i mężczyzn przeszło solidarnie ulicami miast Polski, by pokazać politykom i kościołowi swój wkurw.

Nie cofniemy się z ulic o krok. Nie zamknięcie nam ust. Mamy moc. Mamy siłę. Wygramy! Nie pozwolimy by nas torturowano! Nie chcemy rodzić trupów. Nie chcemy rodzić ciężko upośledzonych dzieci, tylko po to, by w cierpieniu umierały. Dla spokoju waszych brudnych sumień. Hipokryci! Sadyści! Nie chcemy patrzeć na agonię naszych dzieci.

Nie pozwolimy na to, żebyśmy chorowały na depresję i odbierały sobie życie po wydaleniu zdeformowanych płodów.

To my mamy macice i nie pozwolimy na to, żebyście „grzebali” w nich swoimi brudnymi łapskami!

Nie będziemy waszymi inkubatorami. Nie będziemy maszynami reprodukcyjnymi!

Nasza ciąża jest wyłącznie naszą sprawą. Nasze brzuchy nie są dobrem wspólnym.

Wbijecie to sobie do waszych głów raz na zawsze!

Wychodzę na ulicę i nie przestanę. Wychodzę nie dla siebie. Mnie już „problem” ciąży nie będzie dotyczył. Wychodzę, żeby żadna kobieta nie musiała przechodzić przez tortury. Żadna. Również ta, która nazywa mnie kurwą i pluje za moimi plecami. Bójcie się. Kobiecej solidarności. Kobiecego gniewu. A kobiety są wściekłe! Nie pozwolimy, by jakieś stare chłopy, panowie w czarnych sukienkach z panem miłujących koty na czele decydowali w kwestii prawa do aborcji.

Nie kłamcie, że chcemy mordować biedne dzieci. Ten wasz bełkot propagandowy staje się już nudny. Nawet poszarpane płody i ich obrońcy przestają już działać. Opatrzyło się. Stoją jak te kołki. Może za mało im płacicie? Podobno każdy ma swoją cenę. Dość Kłamstwa i manipulacji.  Będziemy edukować, uświadamiać i bronić siebie i naszych sióstr do końca. Bez względu na wszystko!

W końcu zapanuje prawo i sprawiedliwość a „Prawo i Sprawiedliwość” utonie we własnym syfie.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.