Kiedy Bóg przestaje istnieć

Szacunkowy czas czytania: 8 min

 

Ubezwłasnowolnienie

beznazwyPrzestać wierzyć w Boga nie jest łatwo. Zwłaszcza, gdy ten Bóg był czymś oczywistym odkąd sięga się pamięcią. Łatwo jest wpoić wiarę, bo zaczyna się to już w wieku niemowlęcym i ciągnie przez całe dzieciństwo. Zrozumieć, że to, co przyjmowało się za fakt, jest bzdurą, nie przychodzi już z taką łatwością.

Dlaczego? Wiara opiera się na „cudownych” mechanizmach: poczuciu winy (Jezus umiera za ciebie), strachu (czeka cię piekło i straszny diabeł), szantażu (jeśli nie będziesz wierzył zasłużysz na wieczne męki), obiecankach (jeśli będziesz postępował tak i tak, spotka cię nagroda). Ponadto w momencie chrztu, człowiek (który nawet jeszcze nie wie, ze jest człowiekiem), zostaje ubezwłasnowolniony. Sukcesywnie wmawiane jest, że jego życie należy do Boga, że Bóg mu je dał, więc może odebrać. To Stwórca zaplanował z góry całe ziemskie życie, więc bez względu co człowiek zrobi i tak będzie, jak chce tego Pan. Wszystko, co spotyka człowieka jest po coś, a wszystkie zdarzenia zsyła Bóg. Dobre – w nagrodę, złe – za karę, lub aby umocnić wiarę.

k,NTczMTA0MjUsODQ0Mjgz,f,Aniol74Do tego wszystkiego wmawia się małemu człowiekowi, że ktoś kogo on nie może zobaczyć, widzi wszystko co człowiek robi. Nigdzie przed Bogiem schować się nie można (nawet w toalecie) bo On widzi i wie wszystko. Zna myśli człowieka, jego zamiary i intencje. Dodatkowo człowiek ma swojego Anioła Stróża, który jest przy nim dzień i w nocy. Nie można go co prawda zobaczyć, ale jest. Ciągle. Bezustannie. Czuwa. Patrzy. Nie opuszcza. Brzmi trochę strasznie. W zasadzie jak objaw choroby psychicznej. Należy mówić do kogoś, kogo nie widać i kto nie odpowiada. Wierzyć, że wszystko co nam się przytrafia, jest Jego zasługą. Być przekonanym, że zawsze jest koło nas ktoś, kogo nie widzimy, ale wiemy, że jest. Jeśli mowa o Bogu i Aniele Stróżu, nikt nie podejrzewa choroby psychicznej. Jednak ludzie, którzy twierdzą, że kieruje nimi jakaś siłą, że czują ciągle kogoś obecność, ale nie nazywają tego Bogiem, diagnozowane mają zaburzenia psychiczne. Bowiem, jak można gadać z kimś, kogo nie ma?

Do ciebie Boziu rączki podnoszę…

535110dd31025_oJako dziecko byłam faszerowana Jezusem, Jego Ojcem, Matką i innymi świętymi bardziej lub mniej. Co niedzielę, byłam zabierana do Kościoła, gdzie z uporem maniaka wpatrywałam się w cierpiącego Jezuska na krzyżu. Jak bardzo było mi go żal. Taki chudy, taki smutny i ta krew… Na głowie, na rękach, na nogach. Jak Jego to musiało boleć. Jako dziecko wierzyłam, że to Go wciąż boli i doskonale wiedziałam, że cierpi tak przez ludzi, czyli również z mojej winy. Było mi przykro. Zwłaszcza, gdy dowiedziałam się, że urodziłam się już z grzechem.

Pamiętam jak tłumaczono mi, że grzech (brzydka myśl, lub zachowanie) robi moje serce czarne. Jezus to widzi i wtedy bardzo się smuci. Moje serce często robiło się czarne, więc ciągle miałam wyrzuty sumienia. Czułam się winna i niegrzeczna. Nie chciałam, żeby tego biednego Jezuska na krzyżu bardziej bolało.

pol_pm_ANIOL-RZEZBA-FIGURKA-ANIOLA-ANIOLY-ANIOLKI-FIGURKI-936_3Najbardziej jednak wpatrywałam się w aniołki. W kościele było ich mnóstwo. Wisiały w każdym zakątku i gapiły się złowrogo. Wszystkie były grube i miały brzydkie twarze. Jakieś takie dziwne miny miały. Wcale nie wydawały się przyjazne. Nie lubiłam ich i bałam się, kiedy tak się gapiły na mnie przez całe msze. Próbując o nich nie myśleć z zamiłowaniem, co niedzielę, liczyłam biało czarne płytki na posadzce wielkiego kościoła. Było ich na tyle dużo a ja na tyle źle liczyłam, że ponad połowa mszy była przeznaczona na dociekanie ile jest białych płytek a ile czarnych.

Słuchałam mnóstwo opowieści o dobrym, biednym Jezusku. O Jego nieskończonej miłości do mnie. Słuchałam też o Jego Ojcu. Nie lubiłam Go. Wydawał mi się groźny. Bałam się jednak nawet tak myśleć. Wiedziałam, że może mnie ukarać. Najbardziej przerażającą jednak dla mnie rzeczą, było wszystkowidztwo Jezuska. Największe traumy przezywałam w toalecie albo łazience. Kiedy przypominało mi się, że Jezusek wszędzie mnie widzi, czułam się nieswojo siedząc na ubikacji lub biorąc kąpiel. To było straszne.

Do pewnego wieku, przyjmowałam za pewnik, wszystko, co przekazywane mi było na temat Boga, Jezusa, stworzenia świata. Żyłam w przekonaniu, że Jezuska trzeba kochać a Boga należy się bać. Byłam przykładnym, grzecznym dzieckiem, więc chcąc czy nie starałam się jak mogłam, by nie mieć czarnego serca. Problem jednak polegał na tym, że nie potrafiłam zapanować nad różnymi myślami, więc ciągle żyła w strachu i poczuciu winy. Im byłam starsza, tym myśli i pragnienia były coraz mniej odpowiednie dla Boga. Jednak wraz z dorastaniem, nie słabł strach przed wiecznym potępieniem.

Milczenie_ao3-vDługo bałam się też ciemności i duchów. Ciemność mnie przerażała, bo żyłam w przekonaniu ciągłej obecności Anioła Stróża. Bałam się, że go zobaczę. Nie chciałam go widzieć. Duchów bałam się dzięki moim bliskim. Pamiętam opowieści tej czy innej ciotki jak zmarli odwiedzają ją w czasie snu a ona na nich czeka. Znałam na pamięć historie o zmarłych mężach, synach, matkach, córkach, sąsiadkach, które przychodzą z wizytą. O skrzypiących podłogach, uczuciu obecności, znakach. Wcale nie chciałam, żeby jakiś zmarły mnie odwiedził. Makabrycznie bałam się też piekła. Liczne opowieści, gdzie trafiają niedobrzy ludzie, zrobiły mi naprawdę duże zamieszanie w głowie. Nie miałam najmniejszej ochoty smażyć się w ogniach piekielnych (choć wtedy nawet nie potrafiłam sobie zwizualizować jak one wyglądają. Jednak brzmiały strasznie).

Otoczona więc wszystkowidzącym i wiedzącym Jezusem, groźnym Bogiem, czuwającym Aniołem Stróżem, czającym się za rogiem szatanem, duchami krążącymi nie wiem gdzie, żyłam sobie jako dziecko pełna strachu i poczucia winy.

Wątpliwości i strach

W miarę dorastania, wiara coraz bardziej mi ciążyła. Jednak do niewiary daleka była jeszcze droga. Pierwsze symptomy powątpiewania w istnienie Boga, odpędzałam od siebie z prędkością światła, mając nadzieję, że dobry Bóg to zwątpienie mi wybaczy. Bałam się utracić wiary, bałam się wątpić. Strach był przejmujący. Wpajane od dzieciństwa piekło, przynosiło efekt.

miłosierdzieWiara miała jednak swoje plusy. Nie musiałam być za nic odpowiedzialna. Zwłaszcza za niepowodzenia. Widać taka była wola Boga. Przyznam, że w chwilach słabości, modlitwa podnosiła mnie na duchu. Nie czułam się samotna. Miałam z kim podzielić się problemami, którymi z różnych powodów nie mogłam podzielić się z nikim innym. Wiara dodawała mi sił, kiedy ich brakowało. Problem polegał na tym, że nie wierzyłam we własne siły, w siebie, w swoje sprawstwo, lecz w Boga.

Mijały lata a mnie z wiarą było coraz ciężej. Wiele rzeczy zawartych w Biblii zaczęło mi się wydawać niedorzecznych. Stary Testament wydał mi się bardziej Księgą zła i okrucieństwa, niż miłości Boga do ludzi. Coraz częściej uświadamiałam sobie, że religia jest świetnym narzędziem do manipulacji a Kościół cudnie prosperującą firmą. Kiedy byłam już jednostką świadomą swojego Bycia, własnego Ja, swojego sprawstwa. Kiedy przestałam wierzyć w możliwość celibatu, wielkoduszność kleru, przyszedł czas na zanegowanie istnienia Boga. Nie było to łatwe. Wiedziałam, że to podróż w jedną stronę.

Nie mogłam „wierzyć nie do końca”, lub przestać wierzyć na chwilę. Musiałam przekonać się że naprawdę wierzę, że nie wierzę. Nie chciałam dopuścić do sytuacji, że w momencie wypowiedzenia słów Boga nie ma, gdzieś w środku będę czuła, że bluźnię. Gdyby tak było, oczywiste stałoby się, że moja niewiara nie jest prawdziwa. Nie można bowiem trochę wierzyć, lub trochę nie wierzyć. Nie ma takiej opcji. Przekonanie co do istnienia Boga, lub Jego nieistnienia, musi być w pełni zinternalizowane. Człowiek musi być przekonany. Nie może wątpić w swoją wiarę lub w jej brak.

Nature_of_Good_and_Evil_by_Young_WolfPierwszy raz kiedy pomyślałam, że Boga nie ma, poczułam się strasznie. Wiedziałam więc, że to nie jest jeszcze moment na odejście od wiary. Próbowałam różnych „kompromisów”. Oddzieliłam Kościół od wiary, w myśl zasady: nie chodzę do Kościoła, ale w Boga wierzę. Nie przyniosło mi to jednak spokoju umysłu. Poszłam o krok dalej. Odrzuciła całkowicie Kościół, jako wymysł człowieka, Biblię jako zapiski wielu ludzi, ale nadal w mojej głowie istniał Bóg. Ciężko było się go pozbyć.

Gdzieś z tyłu głowy, towarzyszył mi strach przed niewiarą. Pojawiały się myśli: a co jeśli się mylę? Co, jeśli Bóg istnieje? Co ze mną stanie się po śmierci, jeśli Boga nie ma? Co jeśli umrę a okaże się, że Bóg istnieje? Pojawiające się wątpliwości, jasno pokazywały jak opłaca się prać człowiekowi mózg od dziecka. Jaką siłę ma wiara wpajana przez długie lata. Nadal nie byłam gotowa na odrzucenie Boga.

Rozum wołał o niewiarę, ale coś w środku nie pozwało mi od Boga się uwolnić. Kolejnym krokiem targowania się z wiarą, było założenie, że nawet jak przestanę wierzyć w Boga a będę dobrym człowiekiem, to Bóg mi wybaczy, gdyby jednak istniał. Wymyślałam różne kombinacje „półwiary”. Jednak nic z tego nie było satysfakcjonujące. Trwałam w takiej „półsatysfakcji” przez następne parę lat.

Belarussian President Alexander Lukashenko watches celebrations marking Independence Day in Minsk July 3, 2011. Belarus police clamped down swiftly on planned public protests against Lukashenko on Sunday as he told an open-air rally that a plot was afoot to overthrown his long rule.  REUTERS/BelTA/Nikolai Petrov/Handout (BELARUS - Tags: POLITICS ANNIVERSARY) FOR EDITORIAL USE ONLY. NOT FOR SALE FOR MARKETING OR ADVERTISING CAMPAIGNS. THIS IMAGE HAS BEEN SUPPLIED BY A THIRD PARTY. IT IS DISTRIBUTED, EXACTLY AS RECEIVED BY REUTERS, AS A SERVICE TO CLIENTS

Dochodzenie do przekonania, że Boga nie ma było mozolnym i trudnym procesem. Musiałam wyzbyć się tego wszystkiego, czym zostałam nafaszerowana tuż po urodzeniu i karmiona przez wiele lat. Mój umysł przez kilkanaście lat poddawany był nieustającej manipulacji, karmionej strachem i poczuciem winy. O ile za „wciśnięcie we mnie boga” odpowiedzialnych było wiele osób; od moich bliskich, przez księży, katechetów i różne osoby pojawiające się w moim życiu. O tyle za „wyciśnięcie boga ze mnie” byłam odpowiedzialna ja. Sama. Zostawiona z bogiem z przymusu i strachem. O ile po licznych trudach uporałam się z całkowitym odrzuceniem koncepcji o Stworzeniu Świata, dziewictwie Matki Boskiej, cudach Jezusa. O ile całkowicie przekreśliłam Kościół. O tyle sam Bóg ciągle siedział w mojej głowie. Był jak tasiemiec bąblowiec, który jak zagnieździ się w mózgu, to siedzi tam i siedzi aż wyżre co ma wyżreć a ciśnienie rozwali łeb.

Ulga i wolność

blaUwolnienie się od Boga, przyszło nagle. Niczym zjawisko zwane w psychologii iluminacją. Po wielu latach rozterek, wątpliwości, wewnętrznej walki, poczułam (tego słowa używam świadomie), że Boga nie ma. Odczucie dogoniły rozum. Bez strachu z tyłu głowy (lub może w brzuchu), stwierdziłam, że wiara jest doskonałą formą manipulacji, potrzebną, by zapanować nad milionami ludzi. Wraz z uwolnieniem się od Boga, poczułam wolność i ulgę.

Wiem jednak, że dla osoby wychowanej w wierze, dojście do niewiary jest szalenie trudne. Wymaga dużo siły, motywacji i rozumu. Wiem ile zła w psychice i emocjach dziecka może (nie, w zasadzie, to nie może, ale z pewnością) wyrządzić wiara.

Jest takie powiedzenie (może nie miejscu, ale sens się zgadza), że dobrego karczma nie zepsuje a złego kościół nie naprawi. Cóż, osobie wierzącej może się wydawać, że bez Boga jest ciężko. Być może jest w tym odrobina prawdy. Bez Boga, trzeba brać odpowiedzialność za swoje życie i swoje decyzje. Trzeba przyznać się przed samym sobą, że to co nas spotyka w życiu, jest konsekwencją naszych wyborów. O ile łatwiej zrzucić odpowiedzialność na Boga. I jeszcze kwestia spowiedzi. Kiedyś moja znajoma- zapalona katoliczka powiedziała mi coś bardzo ważnego. Nie ważne co zrobię złego, zawsze mogę pójść do spowiedzi i po sprawie. No właśnie. A bez spowiedzi? Samemu trzeba borykać się z konsekwencjami swojego niewłaściwego zachowania. Kiedyś zapytałam mojego kolegi (jest wierzący, ale powiedzmy…umiarkowanie), czemu on i jego bliscy tak trzymają się wiary? Powiedział mi, że wiara w Boga daje im spokój w myśleniu o śmierci. Ich życie ma sens, bo śmierć ma sens. Jest początkiem nowego, wiecznego szczęścia. Bez Boga, życie nie miało by sensu, bo kończyło by się śmiercią, oznaczającą koniec wszystkiego. Stwierdził, że to smutne, gdy śmierć oznacza koniec i nie daje nadziei na początek czegoś nowego.

Komentarze