Zabiłam kaczuszkę, czyli traumy dzieciństwa

Szacunkowy czas czytania: 6 min

Krótki wstęp do traumy

Milczenie_ao3-vKiedy jesteśmy dziećmi, wszystko wydaje się być bardziej; bardziej kolorowe, bardziej smutne, bardziej wesołe i bardziej straszne.

Chociaż w dorosłym życiu, wielu sytuacji z dzieciństwa nie pamiętamy, nie oznacza, że wyniosły się z naszej pamięci. Są tam bezpieczne schowane i przechowywane. Można do nich wrócić. Zapach, muzyka, sytuacja. Czasem wystarczy jakiś bodziec, by powróciły.

W dzieciństwie spotkają nas sytuacje różne. Przyjemne i mniej przyjemne. Jako dorośli miewamy różne problemy. Mimo, że nie wypada, towarzyszą nam różne lęki, obawy, przekonania. Z pozoru nie wiadomo skąd się wzięły. Ktoś boi się wody, choć nie przypomina sobie, żeby kiedyś się topił. Ktoś ma uprzedzenie do pań z ciemnymi włosami. Jeszcze ktoś nie cierpi zimy. Przyjmujemy to do wiadomości i już. Tak jest. Rzadko staramy się zastanowić nad przyczyną, nad prawdziwym źródłem. Czasem próbujemy to zwalczać, czasem nie. Najczęściej unikamy sytuacji nieprzyjemnych.

Są jednak takie zdarzenia w dzieciństwie, które kształtują nas na całe życie. Choć, gdy patrzymy na nie z perspektywy czasu, nie wydają się być aż tak poważne. Tylko, skoro w dzieciństwie wszystko jest bardziej, to w tamtym momencie nasze odczuwanie, nasze emocje też były „bardziej” a mózg doskonale je zapamiętał. Na wszelki wypadek postanowił, że będzie nas chronił przed podobnymi atrakcjami emocjonalnymi w dalszym życiu. Na wszelki wypadek włączy strach przed ciemnością, żeby czasem nie okazało się, że ciemność skrywa coś co może dostarczyć nam nieprzyjemnych doznać, które zrobią aferę w całym naszym organizmie a mózg będzie musiał wykonać nadwyżkę programową, żeby przywrócić wszystko do ładu. Takie z pozoru niepozorne małe – wielkie traumy dzieciństwa.

Rozjechany piesek

Moja babcia kupiła sobie pieska. Zastąpił jej kotka, który zmarł ze starości. Babcia była zachwycona. Piesek był słodki! Jak go zobaczyłam też wpadłam w zachwyt. Malutki, malusieński. Nie dość, że mały z racji rasy (jamnik długowłosy miniaturka), to jeszcze mały z racji wieku. Czarna, słodka, niewinna psinka. Słodko popiskująca i ufnie patrząca małymi czarnymi jak węgiel oczkami. top_02

Babcia nie mogła zdecydować się na imię. Musiało być wyjątkowe. Mówiła do pieska, tuliła i całowała. Ja też. Był taki superaśny! Ja też marzyłam o piesku, ale rodzice twierdzili, że to tylko kłopot. Babcia powiedziała mi, że to może być też mój piesek. Taki na spółkę. Jak będę ją odwiedzała, to opieka nad nim będzie należała do mnie.

Dostąpiłam zaszczytu pierwszego spaceru. Babcia ubrała pieskowi przepiękną obróżkę, wręczyła mi przecudną czerwoną smyczkę. Powiedziała, żebym z nim zeszła a ona dołączy za chwilę. Zniosłam psinkę po schodach. Miała zbyt małe łapki, żeby poradzić sobie z tą przeszkodą. Wyszłyśmy z bramy. Po kilku sekundach zorientowałam się, że psiak wyciągnął główkę z obroży a w ręce została mi tylko cudna obroża. Ponieważ tuż koło bramy był parking, zaczęłam zaglądać pod wszystkie samochody. Nagle usłyszałam przeraźliwy psi pisk i skowyt. Spojrzałam w stronę skąd dochodził. Mały jamniczek wlazł wprost po koła auta, które właśnie zaczęło wycofywać z parkingu. Podbiegłam do pieska. Z auta wybiegł zaaferowany kierowca. Coś tam mówił. Piesek leżał na boku, dziwnie się trząsł i pochrapywał. Z pyska i uszu ciekła krew. „To po nim” oznajmił kierowca. Piesek wysztywnił łapki i przestał się ruszać. Leżał taki dziwny w kałuży krwi. Po chwili zeszła babcia. Zobaczyłam jej wzrok. „Jak mogłaś?”. Babcia płakała. Kazała mi poczekać.

Stałam koło sztywnego ślicznego malutkiego pieska i gapiłam się na jego zakrwawioną mordkę. Po chwili zszedł dziadek, wsadził psa do reklamówki i oświadczył „Trzeba zakopać”. Bałam się wrócić do babci. Długo przed oczami miałam konającego psa i jego mordkę. W uszach dźwięczał jego skowyt. Babcia więcej nie kupiła innego psa. Wyrzuty sumienia długo mnie nie opuszały. Nawiasem mówiąc, mam wrażenie, ze po dzisiejszy dzień.

Straszna lalka

beMając nie całe 10 lat, oglądnęłam swój pierwszy w życiu horror. Rodzice nie pozwalali mi oglądać strasznych filmów. Nie było wtedy komputera, kablówki. Telewizor w domu był jedne a na kastetach do magnetowidu nie mieliśmy strasznych filmów. Z resztą magnetowidu mogli dotykać tylko rodzice.

Horror oglądnęłam na kolonii. Nie wiem dlaczego, ktoś puścił horror starszej grupie w któryś z wieczorów. Ja byłam w grupie młodszej, ale, że film puszczony był na ogólnodostępnej świetlicy, to wraz z innymi „maluchami”, przycupnęłam niezauważona. No i oglądałam. Pierwszą straszną rzecz w telewizji. Był to horror o morderczej laleczce („Laleczka Chucky”). Kiedy film oglądnęłam dobrych parę lat wcześniej, był bardziej śmieszny niż straszny. Jednak wtedy, był tak straszny, że musiałam go oglądać przez palce. Nigdy wcześniej nie widziałam też mordowanych ludzi. Nic, że w telewizji. Mordowanie było okropne. Najbardziej przerażała mnie twarz tej mordującej lalki. Ten grymas i te wstrętne oczy.

Prawdziwy horror zaczął się jak wróciłam do domu. W pokój miałam sporo lalek (w czasach mojego dzieciństwa 10- letnie dziewczynki jeszcze się bawiły a nie uprawiały seks z kolegami). Miałam swoje ulubione. Jedną wielką plastikową, która siedziała w rogu pokoju, oraz dwie złączone rączkami (w uścisku?) siedzące na specjalnej poduszce (była porośnięta do ich tyłków) zajmujące centralną część mojego łózka. Było jeszcze sporo innych, które poukładane były po całym pokoju. Kiedy wróciłam z kolonii, pierwsze na co zwróciłam uwagę, to moje lalki. Jednak nie podeszłam do nich z entuzjazmem. Patrzyłam na ich buzie i szklane oczy. Przeszedł mnie dreszcz przerażania. Wyobraźnia zaczęła swoje. Patrzyłam i bałam się, że za chwile na ich twarzy pojawi się dziwny grymas i zaczną przewracać oczami. Nie chciałam patrzyć, ale patrzyłam i panicznie się bałam. laleczka

W przypływie odwagi połączonej z odwagą, chwyciłam lalki i wrzuciłam do szafy. To jednak nie przyniosło ukojenia. Patrzyłam na szafę z uporem maniaka, bojąc się, że z niej wylezą. Noc spędziłam przy zaświeconym świetle, schowana pod kołdrą. Nazajutrz wzięłam lalki, spakowałam do siatki (wtedy nie było jeszcze takich specjalnych worków na śmieci) i wyrzuciłam do kosza pod blokiem. Nie dość , że dostałam niezły ochrzan od rodziców, do dokąd nie przyjechała śmieciarka, nadal umierałam ze strachu. Bałam się, że  wyjdą ze śmietnika i mocno wkurzone przyjdą do mnie. Jak zabrała je śmieciarka (sprawdziłam, czy nie zostały w śmietniku), czasem pojawiła się myśl, że gdy się obudzę, będą siedziały na moim łóżku. Potem pozbyłam się reszty lalek.

Utopiona kaczuszka

Uwielbiałam jeździć w lecie na wieś. Moja cała rodzina jest miastowa, więc takie wyjazdy były dla mnie super fajne. Uwielbiałam nieograniczony dostęp do wiejskich zwierzątek. Kury, kurczaczki, króliczki, świnki, krowy, cielaczki, baranki. Jakie one były cudne. Szczególnie te niedawno urodzone.

Na wsi mieliśmy taką zaprzyjaźnioną panią, która prowadziła swoje gospodarstwo. Pozwala mi do niej przychodzić i opiekować się zwierzątkami. Karmiłam kury, głaskałam króliki i cielaczki, pomagałam paść krowy. Pewnego dnia pokazała mi małe kaczuszki. Takie co dopiero poznawała świat. Cudeńka! Żółte puchate kuleczki. Zakochałam się w nich. Mieszkały w takim specjalnym domku zbudowanym z desek. Od domku do dużej metalowej miednicy wypełnionej wodą prowadziła drewniana deseczka. Kaczuszki jak chciały to sobie pływały a jak się męczyły to wracały do swojego domu.

dirty_ducksJedna kaczuszka szczególnie zawładnęła moim sercem. Była najmniejsza i jakaś taka nieporadna. Postanowiłam się nią osobiście zaopiekować. Wiedziałam, że kaczki lubią pływać, więc zaczęłam opiekę od doskonalenia pływania. Wzięłam kaczuszkę i dałam do wody. Jednak ona nie chciała pływać i ciągle chciała wracać do domu. Nie dałam za wygraną. Postanowiłam, że będzie mistrzynią pływania. No co? Ojciec zabierał mi koło ratunkowe i kazał pływać dopóki się nie nauczę. Nauczyłam się. Zabrałam więc kaczuszce deskę i kazałam jej pływać.

Rodzice zawołali mnie na obiad. Byłam posłusznym i głodnym dzieckiem więc pobiegłam. Po obiedzie zabrałam się za łapanie ślimaków. Po paru godzinach przypomniałam sobie o kaczuszce. Pobiegłam co tchu. Kaczuszka pływała wciąż…ale nogami do góry. Bałam się, że zaprzyjaźniona pani się wścieknie. Wzięłam kaczuszkę i schowałam do domku. Długo nie mogłam otrząsnąć się po śmierci kaczuszki. Zabiłam ją! Miałam też wyrzuty sumienia, że nie powiedziałam o śmierci i ukryłam zwłoki. Może dlatego wieki Pan Prezes K, wzbudza we mnie tak przykre uczucia….?

 

Po traumie na zakończenie

Kiedy myślę o tych zdarzeniach i wielu innych, dużo w nich śmierci, lęku, strachu i poczucia winy. Do dziś śmierć mnie przeraża. Jestem ekspertką od wyrzutów sumienia. Wyrzut to moje alterego.

Co prawda nie boję się już, że lalki ożyją, ale jakoś nie pałam do nich sympatią. Szczególnie do takich zimnych porcelanowych. Nie lubię oglądać horrorów, choć oglądam. Niektóre przez palce 😉

Z drugiej strony mam wysoki poziom empatii. Kocham zwierzęta. Mam dwa psiaki ze schroniska, kota i szczura. Interesuję się motywami kierującymi zbrodniarzami. Moje studia ukierunkowane były, by móc pracować ze zbrodniarzami. Odkrywać, co wtedy w głowie mieli. Niestety rzeczywistość to nie fil i takiej pracy nie znalazłam. Nie licząc 3- miesięcznego pobytu w areszcie na praktykach. Praca zakręciła się  wokół młodzieży zdemoralizowanej i zagrożonej demoralizacją.

 

Krótki apel

Rodzice. Dużo rozmawiajcie ze swoim dziećmi. Co u nich słychać, co się im ostatnio przydarzyło? Może akurat doświadczyły jakieś traumatycznej dla nich sytuacji? Odpowiednie przegadanie tematu, urealnienie sytuacji, nazwanie emocji i uczuć i mocne przytulenie jest szalenie ważne. Dobrze na bieżąco przepracowywać trudne emocje, by dziecko nie zostawało z nimi samo i nie wyrosło, jak ja na jedne wielki wyrzut sumienia.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.